Kategorie
Wszystkie artykuły

„Pisać o niczym wcale nie jest tak łatwo”

„Pisać o niczym wcale nie jest tak łatwo”

To trafne spostrzeżenie, o czym wie każdy, kto kiedykolwiek swoich sił w pisaniu próbował. Bo który pisarz tak naprawdę pisze o niczym? Chyba żaden. Szukając inspiracji w otaczającym nas świecie, wyciągamy z niego pojedyncze okruszki, zamieniając je potem w barwne opowieści. Przekształcamy świat w naszych głowach zmieniając go, ulepszając, dodając fantastyczne postaci i zdarzenia. Albo zostawiamy go, oddając takim, jakim jest, bez ubarwień i dodatków – surowa rzeczywistość.

 

Patti Smith w Pociągu linii m miesza obie te koncepcje i spisuje je w formie tak niezwykłej i niespotykanej, która momentalnie wciąga nas – czytelników – w tą niesamowitą mieszankę fantazji ze światem jaki znamy. Czytając nie wiemy bowiem ile z jej opowieści jest prawdziwe, a ile z tego to jej sny, wyobrażenia i marzenia. Patti igra z naszymi głowami, pobudza wyobraźnię, zabierając nas w niesamowitą podróż po Berlinie, Nowym Jorku, Londynie i Antarktydzie, przy okazji przedstawiając nas swoim znajomym: Robertowi Mapplethorpe’owi – znanemu amerykańskiemu fotografowi, Michaiłowi Bułhakowowi, Harukiemu Murakamiemu, a także pewnemu kowbojowi, którego Patti poznała w swoich snach. To podróż bez przystanków, bez wytchnienia, ale jednocześnie zaskakująco lekka, niepowodująca nawet krzty zmęczenia.

To podróż szalona, jedyna w swoim rodzaju i w pewnym momencie sprawia, że i my tracimy grunt pod nogami. Czy opisywane zdarzenia są prawdziwe, czy Patti Smith zmyśliła je? Może to tylko jej senne wyobrażenia? A może to wszystko prawda, lecz nasza wyobraźnia nie jest w stanie pojąć tego, co się dookoła nas dzieje? Co dzieje się przed naszymi oczami – na kartach powieści?


Sposób, w jaki Patti Smith układa zdania, dobiera słowa zachwycił mnie absolutnie, sprawiając, że czasem musiałam czytać jedną stronę po dwa razy, gdyż po jej przeczytaniu dochodziło do mnie, że pozostałam na sferze estetycznej jej zdań, nie dostrzegając treści. To niesamowite uczucie. Uczucie całkowitego zatracenia się w czymś, co z pozoru jest zaledwie słowami, czarnymi literami wydrukowanymi na papierze i oprawionymi. Choć patrząc na tę książkę, nazywanie tych konstrukcji ,,zaledwie słowami” zdaje się być niewybaczalnym bluźnierstwem.


Pociąg linii m jest zapisem przeżyć i wspomnień Patti Smith, jej podróżą śladami mistrzów. A dodatkowym zapisem tej podróży są zdjęcia, które razem ze słowami pisarki tworzą piękną, spójną całość. Czarne przedrukowane polaroidy cieszą oko, ale jednocześnie sprawiają, że gdzieś głęboko we mnie odzywa się ciche westchnienie smutku. Smutku, że nie mogłam stać obok niej, gdy naciskała migawkę aparatu. Ale mimo to czuję się w pewien sposób zaszczycona, że mogę towarzyszyć jej później, choć co prawda we wspomnieniach i myślach, którymi uchwyciła widziane wcześniej obrazy i próbuje teraz przekazać mi.


Ale ja chcę jej towarzyszyć. W podróży zapisanej w Pociągu linii m, jak i każdej innej. I Was wszystkich również do dołączenia do tej niesamowitej podróży zapraszam…

Redaktor: Julia Błach

Kategorie
Muzeum Wszystkie artykuły Zobacz także

Willmann. Opus magnum

Willmann. Opus magnum

Pierwszym, co ukazuje się oczom po przekroczeniu drzwi na dziedziniec Pawilonu Czterech Kopuł jest ogromna, różowa ściana, krzycząca ze wszystkich stron WILLMANN. I wtedy już wiadomo, że to, czego zaraz doświadczymy będzie czymś niezapomnianym. A te przypuszczenia potwierdzają się, gdy tylko przekraczamy próg wydzielonego specjalnie pod wystawę miejsca na dziedzińcu.

Po lewej – paleta i autoportret mistrza. A przed oczami męczeństwa. To prolog całej wystawy – prolog, który od samego początku rzuca na kolana. Sceny są przedstawione niezwykle dramatycznie, pełne patosu ale i powagi, czegoś niesamowicie szczerego i tak dobitnie ludzkiego. Cierpienie świętych chyba jeszcze nigdy nie wyzwalało we mnie tak wielu emocji, jak patrząc na tych kilkanaście ogromnych rozmiarów płócien Michaela Willmanna. Przewyższają oglądającego kilka razy, ale nie tylko rozmiarem. Przewyższają wszelkie wyobrażenia o męczeństwie, poświęceniu za coś, w co się wierzy bezgranicznie. To smutny początek, ale początek niezwykle potrzebny. Pokazuje bowiem jak wielki kunszt i talent w rękach miał ,,śląski Rembrandt” XVII wieku. Każda fałda odzienia, oddana z tak niesamowitym realizmem. Każde zagięcie szaty wydobywa dynamizm – dynamizm tych ostatnich chwil chrześcijańskich męczenników.

Część obrazów prezentowanych na wystawie ,,Opus Magnum” pochodzi ze zbiorów wrocławskiego Muzeum Narodowego, ale duża część została przywieziona z kościoła z Warszawy, a także z klasztoru w Lubiążu, dokąd Willmann malował je za życia. Znajdujemy tu nie tylko sceny biblijne, wśród których obok męczenników dużo miejsca i uwagi poświęcono także świętym kobietom, a także momentowi stworzenia świata, ale również sceny mitologiczne i wiele pejzaży.

 

Ale Willmann to nie tylko dynamiczność i brutalizm, jaki pokazano nam na początku wystawy, ale także niespotykana delikatność i subtelność, widoczna zwłaszcza w przedstawieniu Orfeusza na obrazie Orfeusz grający zwierzętom, gdzie mityczny bohater, siedząc w centrum, palcami delikatnie przesuwa po strunach liry. Patrząc na niego, mamy niemal wrażenie, że jesteśmy w stanie usłyszeć pieśń, którą wygrywa swoim towarzyszom.

A zwierzęta patrzą, jak zaczarowane. I ja również patrzyłam jak zaczarowana, słyszałam muzykę, która przyciąga wzrok. Także w krajobrazach jest coś niezwykle ulotnego. Świadomość, że moment, który uchwycił malarz to zaledwie właśnie moment, i zaraz zniknie, sprawia, że chcemy zatrzymać obraz na zawsze pod powierzchnią powiek. Zatrzymać go przy sobie na zawsze i nigdy nie dać mu zniknąć. Bo w tych obrazach jest coś bezpiecznego, coś niesamowicie znajomego, co daje komfort i rozlewa wewnątrz ten rodzaj ciepła, jaki może pojawić się w sercu na wspomnienie dzieciństwa.

 

Michael Willmann powinien stać w jednym rzędzie z Rembrandtem, Caravaggiem i innymi wielkimi malarzami, jacy stąpali po ziemi. Nie bez powodu jest w końcu nazywany śląskim Rembrandtem i w tym stwierdzeniu nie ma ani grama kłamstwa. Sposób, w jaki używa barw, jak magicznie przedstawia tkaniny i emocje, jak gra również na emocjach oglądających, jest najwyższej klasy mistrzostwem w malarstwie. I każdy powinien sam przeżyć to mistrzostwo kunsztu na własnej skórze. A dokładniej mówiąc, na własnych emocjach.

Willmann. Opus magnum – Pawilon Czterech Kopuł

22 grudnia 2019 – 26 kwietnia 2020

Więcej informacji

Redaktor: Julia Błach

Foto: wroclaw.pl