Kategorie
Wszystkie artykuły Zwiedzaj z nami

Dziadek i wnuczek – układ doskonały

Raz, dwa, trzy. Wstęga została przecięta pośród wiwatów, okrzyków i oklasków tłumów zgromadzonych przy Schweidnitzerstrasse. Pogoda, jak przystało na początek września, była piękna. W sam raz na odsłanianie pomników przez samego cesarza.
Spojrzał w górę. Teraz i oni mieli swojego jeźdźca z brązu – tak samo jak Rosjanie pod berłem Mikołaja II mieli pomnik Piotra I Wielkiego. Cesarz wiedział, że gdyby nie właśnie ten breslauerski jeździec z brązu, nie byłoby tych wszystkich uroczystości. I nie byłoby tej tradycji. Od tej pory pomnik Wilhelma I Hohenzollerna miał bacznie obserwować główną ulicę miasta, podczas gdy wnuk – Wilhelm II – będzie przebywał w Berlinie.

Wyjść do ludzi

Pod koniec XIX wieku rozrywka dla mas nie była zbyt różnorodna. Nie wykonywano tak często pokazowych wyroków, nie przykuwano złodziejaszków do pręgierzy. Nowożytne igrzyska olimpijskie dopiero co raczkowały, a dostęp do kultury miały tylko wyższe klasy. Jedyne momenty, gdy robotnicy i biedni mieszczanie mieli jakąś okazję do urozmaicenia sobie życia, wiązały się z monarchią. W najlepszej sytuacji znajdowali się mieszkańcy stolicy, którzy mieli bezpośredni dostęp do parad, przemówień i mszy z udziałem głów państwa. Szczególne uroczystości i zabawy były organizowane z okazji koronacji i ślubów w rodzinie królewskiej, ale na takie okazje ludzie musieli zwykle długo czekać. Poza tym, aprobata najprostszych ludzi była władcom na rękę.
Zupełnie inaczej było na prowincjach, gdzie codziennie jedynym źródłem informacji i „kontaktem” z królem albo cesarzem były gazety. Członkowie niższych warstw społecznych rzadko kiedy mieli możliwość udania się w podróż do stolicy państwa, więc przez to nie mieli okazji do wyrobienia sobie opinii na temat władcy. Swoją wiedzę opierali tylko na tekstach, które mieli okazję przeczytać w gazetach. W interesie króla leżało, żeby to zmienić.

Białobrody wkracza do akcji

Breslau leżało na wschodnich peryferiach Cesarstwa Niemieckiego. Chociaż było prężnie rozwijającym się miastem, stolicą prowincji śląskiej, wciąż pozostawało na uboczu kraju. Niemcy z zachodnich księstw twierdzili nawet, że zasięg kultury w państwie kończy się na Brandenburgii, a w Breslau nawet nie jest potrzebna wyższa szkoła techniczna. Sytuacja wyglądała zupełnie inaczej i prowincja śląska wymagała równego traktowania przez cesarza. Bardzo dobrze o tym wiedział Białobrody – Wilhelm I Hohenzollern, zwany tak od swoich charakterystycznych wąsów.
Jego poprzednicy z pewnością odwiedzali peryferie państwa, jednak odbywało się to bez większych uroczystości, które stanowiłyby jakąś rozrywkę dla mieszczan. Białobrody wniósł w te wydarzenia nowego ducha i zapoczątkował piękną tradycję w historii Wrocławia, którą kultywowano aż do wybuchu pierwszej wojny światowej. Nie było to jedyne miasto, gdzie wizyty Kaisera miały tak uroczysty charakter – podobne wydarzenia odbywały się np. w Poznaniu, który w XIX wieku również był miastem na wschodnich peryferiach Niemiec.

Pierwsze Dni Cesarskie w Breslau, czyli po niemiecku Kaisertage, odbyły się w 1882 roku. Wilhelm I Hohenzollern odwiedził miasto na kilka dni, brał udział w paradach. Przy głównych arteriach poustawiano bramy triumfalne przystrojone kwiatami – najczęściej budowano je przy ulicy Świdnickiej na wysokości fosy Jedną z głównych uroczystości była rekonstrukcja historyczna związana z wojną napoleońską w 1813 roku. Jako gości specjalnych zaproszono austriackiego arcyksięcia Rudolfa z małżonką Sophią.
Były to jednak pierwsze i ostatnie Dni Cesarskie z udziałem Białobrodego – cesarz zmarł w wieku 91 lat w 1888 roku. Rządy objął jego syn, Fryderyk III. Ten jednak zmarł nagle po 99 dniach rządów. Wówczas na tron Cesarstwa Niemieckiego wstąpił niespełna trzydziestoletni Wilhelm II – syn Fryderyka III, ostatni władca II Rzeszy. Z tego powodu rok 1888 w Niemczech nazywany jest rokiem trzech cesarzy.
Młody władca wziął sobie do serca działania swojego dziadka i kontynuował tradycję Kaisertage. Uroczystości zaczęto organizować w całym państwie i były hucznie obchodzone – o Dniach Cesarskich pisano nawet w londyńskich gazetach.

Dzisiejszy plac Tadeusza Kościuszki podczas Dni Cesarskich
źródło: polska-org.pl

Drugie Kaisertage odbyły się jeszcze we wrześniu tego samego roku. Z okazji wizyt Wilhelma II bito specjalne monety. Drogę przejazdu z Dworca Głównego do Pałacu Królów Pruskich udekorowano, a w miejscu jednej z bram triumfalnych kilka lat później stanął Hotel Monopol. Plac generała Tauentziena przystrojono wieńcami i girlandami, a sam pomnik dowódcy z czasów wojen śląskich udekorowano konstrukcją z baldachimem. Jednak dopiero kolejne Kaisertage zostały zorganizowane z ogromnym rozmachem.

Prosto z Sankt Petersburga

W 1894 roku zmarł cesarz Rosji, Aleksander III Romanow. Jego syn, Mikołaj, objął rządy dopiero w 1896 roku, po upływie okresu żałoby. Młody car potrzebował nawiązania relacji z władcami sąsiednich państw i przemyślenia koncepcji stosunków dyplomatycznych. Na ten sam rok zaplanowano kolejne obchody Dni Cesarskich w Breslau. Propozycja przyjazdu do Niemiec na takie uroczystości była nie do odrzucenia, tym bardziej, że stolica prowincji śląskiej leżała dość blisko ówczesnej granicy z Rosją.
We wrześniu pociąg z parą carską zatrzymał się na Dworcu Głównym we Wrocławiu. Mikołaj II i Aleksandra Fiodorowna przejechali przez główne ulice miasta podczas parady wojskowej. Zatrzymali się przy Sejmie Krajowym, gdzie uroczyście zostali powitani. To właśnie w tym budynku przygotowano dla nich apartament, w którym gościli aż do zakończenia Kaisertage. Ludzie znacznie lepiej poznają się przy wspólnym stole. Być może dlatego para carska, Wilhelm II i Augusta Wiktoria spotykali się przy wspólnych, rodzinnych śniadankach.
Jak zwykle urządzono wojskowe parady przy Dworcu Freiburskim (dzisiejszym Świebodzkim), w których uczestniczył pułk imienia Aleksandra II – dziadka Mikołaja II. Car odwiedził również wrocławski rynek, a z okazji odwiedzin wydawano specjalne pocztówki. Największą atrakcją okazało się odsłonięcie pomnika zaraz przy ulicy Świdnickiej. Wykonany z brązu monument dłuta Christiana Behrensa stanął w miejscu trzeciej bramy świdnickiej i przedstawiał Wilhelma I Hohenzollerna konno. Za postacią cesarza ustawiono jeszcze dwie mniejsze rzeźby, przedstawiające Sztukę Narodu oraz Sztukę Wojny. Całość miała sześć metrów wysokości. Breslauerski jeździec z brązu oglądał ulicę Świdnicką w tej samej pozie aż do 1945 roku.

Dawny pomnik cesarza Wilhelma I przy ul. Świdnickiej
źródło: polska-org.pl

Oddać hołd generałowi

Po raz kolejny Wilhelm II odwiedził Breslau dziesięć lat później, również we wrześniu. Udekorowaniem miasta zajął się sam Karl Klimm – uczeń i pomocnik radcy budowlanego, Richarda Plueddemanna – jeden z czołowych breslauerskich architektów.
Nie obyło się bez tradycyjnego pochodu przez ulicę Świdnicką, gdzie cesarz miał okazję odwiedzić pomnik swojego dziadka, któremu Breslau zawdzięczało tradycję Kaisertage. Uroczystości zdominowały pochody wojskowe wzdłuż ulicy Legnickiej, czyli Friedrich Wilhelm Strasse. Para cesarska odwiedziła gospodę na Ostatnim Groszu, zorganizowano specjalne manewry wojskowe. Odsłonięto również nowy pomnik – tym razem doczekał się go generał von Clausewitz, pruski teoretyk sztuki wojennej. Dowódca spod Waterloo zamieszkiwał w Breslau, gdzie zmarł podczas epidemii cholery w 1831 roku. Pomnik stanął przy alei Juliusza Słowackiego, a wieńce na nim składali nawet dowódcy armii japońskiej, którzy darzyli pruskiego generała ogromnym szacunkiem.

„Do mojego ludu”

W 1813 roku nad Europą zawisły czarne chmury – mocarstwom groziła kolejna wojna napoleońska. Poprzednia, czyli ta z 1806 roku, zakończyła się kompromitacją Prus. Na Schlesien jedyną twierdzą, której nie zdobyły wojska francuskie, była Srebrna Góra. Reszta skapitulowała – to samo stało się z Breslau, któremu zabrakło generała Tauenztiena XIX wieku. Wojska Hieronima Bonaparte upokorzyły miasto, wyburzając jego mury obronne.
Gdy sześć lat później po hańbiącej przegranej pojawiła się szansa na odegranie się na Francji, Królestwo Prus zawarło sojusz z resztą państw Rzeszy Niemieckiej i Rosją. Fryderyk Wilhelm III, przebywający wtedy w Breslau, wygłosił przemówienie do swoich poddanych. Nawoływał do zjednoczenia w obliczu widma kolejnej wojny i obiecywał zwycięstwo, które wymaże z kart historii poprzednią klęskę. Odezwa szybko rozeszła się po Królestwie Prus za pośrednictwem gazet i została nazwana „An Mein Volk”, czyli „Do mojego ludu”. Czy przemówienie samego króla podziałało?
Francja wraz z pomocą innych państw została pokonana, armia pruska odniosła kilka sukcesów, a podczas kongresu wiedeńskiego królestwo otrzymało nowe terytoria. W tym przemówieniu musiało być coś ważnego i mobilizującego, skoro ostatnie Kaisertage w Breslau zostały zorganizowane z okazji setnej rocznicy wygłoszenia „An Mein Volk”.

Max Berg vs budowlańcy – kto wygra?

Uroczystości skupiły się tym razem na północnym wschodzie miasta, czyli na Szczytnikach. Prace nad przygotowaniem terenów wystawowych rozpoczęto już kilka lat wcześniej. Wysprzątano pobliski park, a dzięki pomysłowości księcia Hochberga założono Ogród Japoński. Jednak nie to miało być główną atrakcją.
Do akcji wkroczył Max Berg, nowy radca budowlany Breslau. Architekt wyprzedzał swoją epokę – jego projekty zupełnie odbiegały od pomysłów poprzednika, Richarda Plueddemanna. Ojciec Mostu Grunwaldzkiego był zadeklarowanym przeciwnikiem nowoczesnej architektury – kochał neogotyk. Berg natomiast uwielbiał modernizm i to właśnie jemu poświęcił swoją karierę. Uroczystości Kaisertage miały być kluczem do sukcesu nowego radcy i dowodem na siłę modernizmu. Radca budowlany wykorzystał swoją sytuację najlepiej jak potrafił. Dzięki pomysłowości, której mu nie brakowało, udało mu się wygrać konkurs na projekt głównej hali terenów wystawowych – mimo że jury miało wątpliwości, czy budynek projektu Berga nie zawali się. Żelbeton to jednak żelbeton – użył go również Plueddemann w projekcie swojego Mostu Cesarskiego, jednak stalowe liny to coś zupełnie innego niż hala z wielką, żelbetonową kopułą.
Gdy miało dojść do zdejmowania rusztowań, robotnicy odmówili współpracy. Nie chcieli mieć na sumieniu katastrofy budowlanej. Berg, jak zwykle pewny swego, zapłacił przypadkowemu przechodniowi za odkręcenie pierwszej śruby. Kiedy budowla się nie zawaliła, budowlańcy nie mieli wyjścia i musieli wrócić do pracy.
W ten sposób powstała Hala Stulecia, wybudowana specjalnie na obchody setnej rocznicy „An Mein Volk”.

Trudno ocenić reakcję pary cesarskiej na widok budynku, w którym zorganizowano Wystawę Stulecia. Na pewno było to coś, czego Wilhelm II i Augusta Wiktoria nie widzieli nigdy w życiu. Do dziś mówi się, że Hala Stulecia jest unikatem na skalę światową, co zostało przypieczętowane wpisaniem na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Wystawa Stulecia zgromadziła zbiory z czasów wojen napoleońskich. W Hali projektu Berga można było oglądać mundury z epoki, a nawet pomniki generałów. Śmietanka towarzyska przechadzała się pod pergolą wokół wielkiej fontanny, wzdłuż parkowych alejek i oglądała wnętrza Pawilonu Czterech Kopuł Hansa Poelziga. W miejscu, gdzie jeszcze trzy lata temu stał lunapark, kwitło życie kulturalne Wrocławia – i tak jest do dzisiaj.

Hala Stulecia w 1915 roku
źródło: polska-org.pl

Ucieczka przed końcem

Wraz z parą cesarską w 1913 roku odjechała z Breslau tradycja Kaisertage. Dni Cesarskie już nigdy nie powróciły do miasta, mimo że świadectwa obecności Wilhelma II w Breslau były trwalsze niż rządy monarchii w Niemczech.
Jak się później okazało, setna rocznica „An Mein Volk” była dekadencką uroczystością. Świat wielkich balów, parad wojskowych i cesarzy zakończył się już rok później, gdy napięcie między stronnictwami w Europie stało się zbyt duże. Bomba wybuchła – a wraz z nią I wojna światowa. W tragiczny sposób zakończyły się czasy dynastii Romanowów. Wilhelm II, aby uniknąć losu Mikołaja II i jego rodziny, wyemigrował razem z żoną i z dziećmi do Holandii. Weterani wojenni stracili do niego zaufanie i szacunek – ucieczkę byłego cesarza traktowali jako dezercję z pola bitwy, co było nie do przyjęcia. Do dziś zresztą ostatniego Hohenzollerna wspomina się jako władcę, który niemalże doprowadził do upadku państwa i wciągnął kraj w bezsensowną wojnę.
Wilhelm II nigdy więcej nie wrócił do ojczyzny, mimo że do końca życia wierzył w restaurację monarchii, nawet gdy Adolf Hitler przejął władzę. Ostatni cesarz niemiecki nie chciał, by jego pogrzeb został wykorzystany w celach propagandowych. Zmarł w 1940 roku i pochowano go w parku przy posiadłości, w której mieszkał z rodziną. Tak jak sobie tego życzył, na jego nagrobku wyryto napis: „Nie chwalcie mnie, gdyż nie potrzeba mi pochwał; nie wysławiajcie mnie, gdyż nie potrzeba mi sławy; nie sądźcie mnie, bo jestem sądzonym”.

Kategorie
Wszystkie artykuły Zwiedzaj z nami

Memento Mori

Słońce tak ślicznie świeci na tle błękitnego nieba, że aż grzech siedzieć w domu! Wobec tego, jak każdy rozsądny człowiek, który akurat nie ma dostępu do konsoli i pokoju bez okien, postanawiasz wyjść na spacer. Wszystko byłoby wspaniale, ale nagle zauważasz coś białego wystającego spod ziemi… Zbliżasz się, by sprawdzić, czy możesz to dodać do swojej tajnej kolekcji skarbów, jeszcze z czasów zabawy w piratów w podstawówce, i nagle zdajesz sobie sprawę, że to przecież jest…kość!

.

Brzmi niewiarygodnie?

Możesz mi wierzyć lub nie, ale podobna sytuacja przydarzyła się Wacławowi Tomaszkowi – czeskiemu zakonnikowi, opiekującemu się parafią w Czermnej. Na widok ludzkich szczątków, ksiądz od razu przyzwał do siebie grabarza Langera i, bez zastanowienia, wspólnie zaczęli wydobywać płytko zakopane pozostałości po tym, co było kiedyś człowiekiem takim, jak ja czy Ty. Na jednym się jednak nie skończyło…

.

Skąd te kości?

Zwykle mówi się, że ludzkie szczątki, znalezione w okolicy Czermnej, należały do ofiar wojny trzydziestoletniej. Muzeum położone w Kudowie – Zdrój jednak zdecydowanie zaprzecza takowym informacjom. Podobno kości pamiętają czasy dwóch wojen śląskich, wojny siedmioletniej oraz epidemii chorób zakaźnych, występujących w tamtym rejonie. W rzeczywistości nie ma to jednak wiekszego znaczenia – grunt, że ciała zmarłych były masowo zakopywane w płytkich grobach gdzie tylko popadnie lub pozostawiane samym sobie, na żer dzikich zwierząt i robactwa. Ksiądz Tomaszek postanowił jednak zlitować się nad zdewastowanymi zwłokami i zapewnić im godniejszą, acz nieco makabryczną rolę.

.

Kaplica Czaszek

Wspólnie z grabarzem postanowili wziąć się ostro do pracy! Przez wiele lat wydobywali kości z ziemi, oczyszczali je, wybielali i gromadzili w kaplicy, która z czasem zaczęła nosić słynne miano Kaplicy Czaszek.
Zarówno ściany, jak i sufit kaplicy są w całości zbudowane z ciasno ułożonych ludzkich kości: chorych i zamordowanych, ofiar i ich pogromców, bogatych i biednych – istny danse macabre! Dodatkowo, w podłodze znajduje się zapadnia, która kryje za sobą kilkumetrowy dół, niegdyś przepełniony ludzkimi szczątkami po brzegi, dzisiaj pełen prochu. Nie da się dobitniej unaocznić, że śmierć nie wybiera, ale jest wszystkim jednaka. Wszyscy po śmierci wyglądają tak samo, a dzięki tworowi księdza Tomaszka, „mieszkańcy” Kaplicy Czaszek są sobie tak bliscy, jak prawdopodobnie nie byli nikomu za życia. Całość przypomina jedną wielką, milczącą groźbę… A może właśnie pieśń żalu tak ogłuszającą, że nikt po „naszej stronie” nie jest w stanie jej usłyszeć?

.

Za mało niepokojąco?

Jeśli historia Tomaszka już zdążyła porządnie cię zaniepokoić, muszę Cię rozczarować – to jeszcze nie jest koniec. Jakby to już nie było wystarczająco fascynujące w niezdrowy sposób, równie ciekawa jest gorąca prośba grabarza Langera, który miał ogromny udział w powstaniu zaskakującego pomnika śmierci. Poprosił on, by, po własnym zgonie, został pogrzebany pod ziemią i wykopany po kilku latach. Po co? No, zgadnij!
Chciał, by zarówno jego kości, jak i jego dusza dołączyły do tych już obecnych w dziele jego życia. Mogłabym tu wspomnieć o niezdrowej fascynacji śmiercią, zarówno księdza, jak i grabarza, jednak trzymajmy się wersji, iż każdy ich czyn był oznaką szlachetności, ogromnej wiary i dobrego serca, tak będzie lepiej dla wszystkich.

.

Co można zobaczyć w muzeum?

Ale że oprócz czaszek? Zastanówmy się… Jeszcze więcej czaszek! Na ołtarzu ułożone są: charakterystyczna w budowie czaszka Tatara, czaszka wójta, który został postrzelony oraz jego żony, która prawdopodobnie zginęła od ciosu mieczem w głowę, czaszka przecięta równiutko na pół, kość udowa człowieka, który miał mierzyć aż trzy metry oraz złamana kość, która sama się zrosła – ostrzeżenie dla tych, co unikają lekarzy!
Samo zwiedzanie jest naprawdę fascynujące, choć monotonny głos na nagraniu nie pomaga wczuć się w atmosferę Kaplicy i poczuć tego przytłaczającego żalu na myśl, o przedwczesnej śmierci tylu ludzi, spośród których każdy miał marzenia, cele, rodzinę i utracone nadzieje. Aż serce się ściska, gdy takie refleksje nawiedzają zwiedzających i przez dłuższy czas po odwiedzinach w nietypowym muzeum mają oni trudność ze znalezieniem powodu do uśmiechu… ale zdecydowanie warto!

.

Tym pozytywnym akcentem…

Jako iż Kaplica znajduje się tuż przy parafii księdza Tomaszka i pozostaje pod jej opieką, na koniec zwiedzania głos przewodnika częstuje nas Grą Pascala, mającą udowadniać, że wiara w Boga najzwyczajniej na świecie bardziej się opłaca. W końcu, jak to stwierdził słynny filozof, jeśli jest wierzący, a po śmierci czeka go jedynie nicość to nie traci nic. Jeżeli jednak istnieje niebo, a on zaniedba wiarę, to straci wszystko.
Pozostawiam Cię z tą refleksją, Drogi Czytelniku, a jednocześnie zachęcam do jak najlepszego przeżywania każdego dnia Twojego życia, w imieniu swoim, jak i mieszkańców Kaplicy Czaszek, którym nie było to dane.

Kategorie
Muzyka Wszystkie artykuły

Show must go on – czyli o życiu Queen po śmierci Freddiego Mercury’ego

Freddie Mercury to postać, której raczej nie trzeba nikomu przedstawiać. Frontman zespołu Queen zawdzięcza swoją sławę nie tylko wybitnym zdolnościom wokalnym, ale też i wyrazistej osobowości i niepowtarzalnemu stylowi ubioru. Nie wiedział czym jest trema. Urodził się, by stać na scenie. To właśnie tam stawał się prawdziwym sobą, co umożliwiało mu nawiązywanie doskonałego kontaktu z publicznością.  Często wykonywał rozmaite wokalizy, które następnie powtarzali jego fani. W ten sposób byli nie tylko widzami, ale też i znaczącym elementem całego show. Nic więc dziwnego, że ich koncerty cieszyły się ogromną popularnością. Na jeden z nich sprzedano aż 250 000 biletów! Przedwczesna śmierć wokalisty to ogromny cios dla świata muzyki. Na szczęście znaleziono niejeden sposób, by nie pozwolić tej muzyce odejść w niepamięć. 

Czym jest tribute band?

Na światowej scenie muzycznej nie brakuje początkujących artystów. Niektórzy z łatwością podbijają serca fanów, wprowadzając innowacyjne pomysły. Niestety, zdecydowana większość kończy swoją działalność, po wydaniu pierwszego albumu, który okazuje się rozbieżny z oczekiwaniami wytwórni płytowych. Zupełnie odrębną grupę stanowią zespoły nastawiające się na wykonywanie już istniejących utworów, czyli tak zwane coverowanie. Szczególnym przypadkiem jest tribute band, który nie tylko nagrywa piosenki należące do innych artystów, ale też odtwarza ich wystąpienia poprzez kopiowanie zachowań scenicznych, kostiumów i stopnia interakcji z publiką. Zadaniem tego typu zespołu jest sprawienie, by publiczność mogła poczuć się tak, jak gdyby była na prawdziwym koncercie swojego idola. 

Zdania są podzielone

Choć cele tribute bandów są szlachetne, nie są łatwe do osiągnięcia. Przede wszystkim muszą spełnić wymagania widzów, którzy nierzadko są zagorzałymi fanami zespołu, co wiąże się z obowiązkiem dopracowania absolutnie każdego szczegółu. Wokalista nie może zaśpiewać piosenki inaczej niż było to w oryginale. To samo tyczy się wyglądu. Musi zadbać o identyczną fryzurę, mimikę i stroje. Odtworzenie całego koncertu bez jakiejkolwiek niezgodności jest niemal niemożliwe, dlatego też tribute bandy mają wielu przeciwników. Często spotykają się z określeniami takimi jak „wyrób czekoladopodobny” lub „odgrzewany posiłek”. Niemniej nie brakuje im zwolenników, którzy piszą miłe komentarze w mediach społecznościowych. 

 Queen Machine jako substytut prawdziwego koncertu

Pewna grupa pasjonatów kultowego zespołu Freddiego Mercury’ego postanowiła podzielić się swoją fascynacją z szerszą społecznością. Tak doszło do powstania zespołu Queen Machine składającego się z piątki duńskich przyjaciół. Dzięki swoim wiernym coverom, bardzo szybko zdobyli sławę w swojej ojczyźnie. Z czasem stali się jednym z najpopularniejszych tribute bandów na świecie. Poza wieloma trasami koncertowymi w obrębie Europy, mają na koncie 4 wystąpienia w Stanach Zjednoczonych. 06.03.2020 po raz pierwszy pojawili się w Polsce. Bilety wyprzedały się bardzo szybko, jednak ze względu na panującą epidemię korona wirusa tylko połowa osób zdecydowała się na przybycie. Mimo to koncert okazał się bardzo udany. Duńscy muzycy zostali ciepło przyjęci przez publikę, która wraz z nimi śpiewała teksty najpopularniejszych utworów. Leader zespołu już zapowiedział, iż planują w niedalekiej przyszłości pojawić się w naszym kraju ponownie.

Ta sama muzyka, inny sposób

Niektórzy uważają, że żaden wokalista nie powinien nawet próbować coverować piosenek Freddiego Mercurry’ego, upatrując się w nim niedoścignionego ideału. Wówczas dobre rozwiązanie proponuje organizator wydarzenia „Queen Symfonicznie”. Jest to występ grupy Alla Vienna, składającej się z siedmiu instrumentalistów, dysponujących bogatym dorobkiem estradowym, na co dzień związanych z Filharmonią Łódzką im. A. Rubinsteina i Filharmonią Świętokrzyską. Towarzyszy im 21-osobowy chór Vivid Singers, a także aktor – Mariusz Ostrowski. Kreują oni projekt będący pewnym synkretyzmem gatunkowym na pograniczu teatru, klasycznych symfonii i muzyki rockowej. Tworzone przez nich dzieła znacząco różnią się od oryginalnego sposobu ich wykonania, jednak wierne naśladowanie nie jest tutaj priorytetem. Celem artystów jest osiągnięcie podobnego poziomu pompatyczności utworów oraz skali emocji wywołanych u widzów. 

Szerokie spektrum alternatyw

Śmierć Freddiego Mercurego w 1991 była dla wielu równoznaczna z końcem Queen’u, jednakże mimo utraty wokalisty, grupa koncertuje po dziś dzień. W jej skład wchodzą dawni instrumentaliści oraz Adam Lambert. Choć wciąż znajdują się chętni na ich występy, współczesna liczba publiczności jest pomijalnie mała w porównaniu z setkami tysięcy fanów gromadzących się pod sceną trzy dekady temu. Natomiast sprzedaż płyt od lat utrzymuje się na podobnym poziomie, tak samo jest w przypadku rozmaitych gadżetów sygnowanych nazwą zespołu. Co ciekawe, nabywcą tychże przedmiotów często są osoby urodzone już po śmierci Mercury’ego. Wskazuje to na uniwersalność i ponadczasowość jego twórczości. Obecnie można oglądać jego wystąpienia dzięki filmikom udostępnianych w internecie, chociażby na popularnym serwisie Youtube. Ponadto jego życie przybliża biograficzny film w reżyserii Brayana Singera – Bohemian Rapsody. Dużą zaletą tej produkcji jest fakt, iż nie jest to dokument skupiający się na osiągnięciach zespołu, a niezwykle poruszająca opowieść, wizualizująca blaski i cienie osobowości Freddiego Mercurego. Wciąż powstają nowe projekty związane z tematyką zespołu Queen i bez względu na to czy pomysłodawcom przyświeca idea oddania hołdu tym niezwykłym artystom, czy też najzwyklejsza chęć zarobienia pieniędzy, ich działalność uważam za wskazaną, ponieważ nie pozwalają odejść niezaprzeczalnej legendzie muzyki rozrywkowej. 

Kategorie
Wszystkie artykuły

Filozofia dla każdego

Filozofia dla każdego

Filozofia stanowi niezaprzeczalną podwalinę niemal wszystkich dziedzin nauki. To ona zapoczątkowała matematykę, medycynę i astronomię. Powszechnie osobę interesującą się szeroką gamą dyscyplin nazywa się człowiekiem renesansu, jednak jest to poniekąd mylne stwierdzenie, ponieważ mało który geniusz tej epoki może dorównać wszechstronności umysłu Sokratesa czy też Hipokratesa. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn filozofia, stanowiąca źródło współczesnej wiedzy, stała się tematem niszowym. Dla intelektualisty powinna być tym czym alfabet dla filologa, niemniej jedynie kilka szkół w Polsce oferuje nauczanie tego przedmiotu. Z pomocą przychodzą książki o różnorodnym stopniu zaawansowania. Bez problemu można znaleźć pozycje wprowadzające początkujących w podstawy historii i terminologii, a także wyjaśniające złożoność tejże nauki.

Przygodę z filozofią warto zacząć od pozycji stworzonych z myślą o nowicjuszach. Wyróżnia się tutaj dwa typy książek. Pierwszy to rzeczowe źródła informacji, pisane językiem naukowym. Nie brakuje w nich dat, nazwisk i wydarzeń historycznych. Dominują tu podręczniki szkolne takie jak „Spotkania z filozofią” wydawnictwa Nowej Ery czy też „Filozofia” Operonu. Do tej grupy należy również literatura akademicka, np. „Elementarz filozofii” Artura Andrzejuka oraz „Historia filozofii. Od szkoły jońskiej do postmodernizmu” stworzona przez warszawski uniwersytet SGGW. Istnieje także wiele różnych monotematycznych publikacji pisanych przez studentów, doktorantów i profesorów. Można je z łatwością wyszukać korzystając z przeglądarki google scholar. Odmienny rodzaj stanowią książki niebędące podręcznikami. Przekazują relatywnie mniej informacji i praktycznie nie zawierają danych liczbowych ani terminów naukowych. Ponadto nie są wiarygodne w takim samym stopniu jak pozycje renomowanych oficyn wydawniczych, jednakże cieszą się niemniejszą popularnością. Znaczącą zaletą jest lekki język i przedstawienie nawet skomplikowanych problemów filozoficznych w przystępny sposób. Jest to rodzaj książki, którą można czytać w wygodnym fotelu pijąc kawę, czy też w zatłoczonym środku komunikacji miejskiej. Z pewnością ze względu na swoją prostotę nie wymagają wyjątkowego skupienia, przez co ich lektura jest bardziej przyjemnością aniżeli nauką czy obowiązkiem. Z tej grupy polecam zdecydowanie tekst autorstwa Nigela Warburtona – „Krótka historia filozofii”. Stanowi idealne kompendium wiedzy dla początkujących.

Znając już ogólny zarys problematyki, a także usytuowanie poszczególnych myślicieli w odpowiednich epokach, warto przejść do dzieł napisanych przez samych filozofów. Kolejność jest zupełnie dowolna. Można czytać je chronologicznie zaczynając od Sokratesa, przechodząc przez Woltera i Kanta, kończąc na współczesnych autorytetach. Powszechne jest również zagłębianie się kolejno w różne problemy, czytając jednocześnie autorów o sprzecznych poglądach.

Umożliwia to pełniejszy ogląd na sprawę oraz prowokuje do własnych przemyśleń i wniosków. Bez względu na obrany schemat lektury, są pozycje których nie można opuścić. Należy do nich chociażby „Państwo” określane jako „Najobszerniejsze, poza Prawami, i najbogatsze treściowo dzieło Platona, będące kamieniem węgielnym europejskiej filozofii.” Choć z wieloma przedstawionymi tam poglądami łatwo się utożsamić, pewne treści są dość kontrowersyjne. Chociażby opisanie wyższości systemu totalitarnego nad ustrojem demokratycznym. Nie dorównuje to jednak stopniu polemiczności traktatów zajmujących się religią. Tą tematyką zajmował się Andrzej Wiszowaty, który w „O religii zgodnej z rozumem” przekonywał, że sąd umysłu jest niezbędny w sporach teologicznych. Podobnie Ludwig Andreas Feuerbach, również prowadził deliberacje na temat relacji boga z człowiekiem. Owocem jego rozważań jest „O istocie chrześcijaństwa” zaliczane do Biblioteki Klasyków Filozofii, będącej unikatową na skalę światową serią wydawniczą utworzoną w 1952 roku w ramach Państwowego Wydawnictwa Naukowego. Należą do niej największe dzieła filozoficzne. W spisie nie brakuje teorii Kartezjusza, Spinozy czy też Wittgensteina.

Przebrnąwszy przez zawiłe dzieje filozofii i skomplikowane idee, warto sięgnąć po współczesnych twórców. Szczególnie ciekawe są książki wydane przez specjalistów w konkretnych branżach, np. socjologów, ekonomistów czy też lekarzy. Zdecydowanie polecam zainteresować się postacią Zygmunta Baumana, uważanego za jednego z twórców koncepcji postmodernizmu i nowoczesności. Jest to nasz rodzimy pisarz, urodzony w Poznaniu. Po ukończeniu Uniwersytetu Warszawskiego kontynuował karierę jako profesor katedry socjologii University of Leeds.

Jego najbardziej rozpoznawalną publikacją jest „Płynna nowoczesność” definiująca poniekąd istotę aktualnej rzeczywistości. Inną ważną postacią sceny filozoficznej ubiegłego wieku jest Michel Foucault, znany wszystkim studentom kierunków humanistycznych. To znamienity autor krytycznych uwag dotyczących instytucji społecznych, takich jak psychiatria, medycyna, czy system więziennictwa. Podejmował się również tematyki seksualności. Osobiście uważam, że zaznajamianie się z ideami współczesnych filozofów jest niemiej ważne od znajomości teorii największych myślicieli poszczególnych epok. Umożliwia to spojrzenie z innej perspektywy na konkretne problemy aktualnego społeczeństwa. Niestety, zrozumienie przekazu pewnych pozycji może być trudne bez oswojenia się z niezbędnymi podstawami, dlatego też polecam zostawić deser na koniec.

Redaktor: Natalia Jędrzejowska

Foto: Empik, Phisosophy Matters, EAST NEWS

Kategorie
Wszystkie artykuły

„Pisać o niczym wcale nie jest tak łatwo”

„Pisać o niczym wcale nie jest tak łatwo”

To trafne spostrzeżenie, o czym wie każdy, kto kiedykolwiek swoich sił w pisaniu próbował. Bo który pisarz tak naprawdę pisze o niczym? Chyba żaden. Szukając inspiracji w otaczającym nas świecie, wyciągamy z niego pojedyncze okruszki, zamieniając je potem w barwne opowieści. Przekształcamy świat w naszych głowach zmieniając go, ulepszając, dodając fantastyczne postaci i zdarzenia. Albo zostawiamy go, oddając takim, jakim jest, bez ubarwień i dodatków – surowa rzeczywistość.

 

Patti Smith w Pociągu linii m miesza obie te koncepcje i spisuje je w formie tak niezwykłej i niespotykanej, która momentalnie wciąga nas – czytelników – w tą niesamowitą mieszankę fantazji ze światem jaki znamy. Czytając nie wiemy bowiem ile z jej opowieści jest prawdziwe, a ile z tego to jej sny, wyobrażenia i marzenia. Patti igra z naszymi głowami, pobudza wyobraźnię, zabierając nas w niesamowitą podróż po Berlinie, Nowym Jorku, Londynie i Antarktydzie, przy okazji przedstawiając nas swoim znajomym: Robertowi Mapplethorpe’owi – znanemu amerykańskiemu fotografowi, Michaiłowi Bułhakowowi, Harukiemu Murakamiemu, a także pewnemu kowbojowi, którego Patti poznała w swoich snach. To podróż bez przystanków, bez wytchnienia, ale jednocześnie zaskakująco lekka, niepowodująca nawet krzty zmęczenia.

To podróż szalona, jedyna w swoim rodzaju i w pewnym momencie sprawia, że i my tracimy grunt pod nogami. Czy opisywane zdarzenia są prawdziwe, czy Patti Smith zmyśliła je? Może to tylko jej senne wyobrażenia? A może to wszystko prawda, lecz nasza wyobraźnia nie jest w stanie pojąć tego, co się dookoła nas dzieje? Co dzieje się przed naszymi oczami – na kartach powieści?


Sposób, w jaki Patti Smith układa zdania, dobiera słowa zachwycił mnie absolutnie, sprawiając, że czasem musiałam czytać jedną stronę po dwa razy, gdyż po jej przeczytaniu dochodziło do mnie, że pozostałam na sferze estetycznej jej zdań, nie dostrzegając treści. To niesamowite uczucie. Uczucie całkowitego zatracenia się w czymś, co z pozoru jest zaledwie słowami, czarnymi literami wydrukowanymi na papierze i oprawionymi. Choć patrząc na tę książkę, nazywanie tych konstrukcji ,,zaledwie słowami” zdaje się być niewybaczalnym bluźnierstwem.


Pociąg linii m jest zapisem przeżyć i wspomnień Patti Smith, jej podróżą śladami mistrzów. A dodatkowym zapisem tej podróży są zdjęcia, które razem ze słowami pisarki tworzą piękną, spójną całość. Czarne przedrukowane polaroidy cieszą oko, ale jednocześnie sprawiają, że gdzieś głęboko we mnie odzywa się ciche westchnienie smutku. Smutku, że nie mogłam stać obok niej, gdy naciskała migawkę aparatu. Ale mimo to czuję się w pewien sposób zaszczycona, że mogę towarzyszyć jej później, choć co prawda we wspomnieniach i myślach, którymi uchwyciła widziane wcześniej obrazy i próbuje teraz przekazać mi.


Ale ja chcę jej towarzyszyć. W podróży zapisanej w Pociągu linii m, jak i każdej innej. I Was wszystkich również do dołączenia do tej niesamowitej podróży zapraszam…

Redaktor: Julia Błach

Kategorie
Wszystkie artykuły Zobacz także

Pisarze popadają w obłęd, a ja ten obłęd lubię. Charles Bukowski

Pisarze popadają w obłęd, a ja ten obłęd lubię. Charles Bukowski

„Szmirę” Bukowski dedykuje złemu pisarstwu. Nie ma jednak lepszego reprezentanta takiej twórczości, niż właśnie on sam. Twórczość Buka jest idealnym przykładem tego, że gorzkich tekstów nie da się pisać w sterylnych salach, mając pod ręką poradniki samozwańczych mistrzów pióra. Do tego potrzeba scenerii „Ćmy barowej”, morza alkoholu i nieustannych pretensji do świata. W swoich listach pisał: słowa powinny rozpruwać papier, wydawać dźwięki. Być po prostu jasne, śmiałe, żartobliwe i samobójcze. Mimo podanej definicji, zaszufladkowanie stylu pisarza jest niewykonalne.

 

Bukowski był degeneratem, który potrafił jednak zafascynować ludzi codziennością gorszego sortu. Próby zbawienia świata zostawił innym twórcom. Sam skupił się na opisie własnego szczęścia bez krzty moralności, gdzie główną rolę grają hazard i kobiety. Jak sam twierdził, jedynie pisanie ratowało go przed ostatecznym upadkiem. Zupełnie nie rozumiał artystów, którzy przestawali tworzyć. Uważał się za innego od wszystkich, ale pozbawionego związanej z tym wyjątkowości: Od dzieciństwa wiedziałem, że jestem dziwny. Jakby sądzone mi było zostać mordercą, bandytą, świętym, gwałcicielem, mnichem, pustelnikiem. Mając przed sobą takie drogi, wybrał możliwie najlepiej: został geniuszem pióra.

 

Czy echo może zagłuszyć pierwotny dźwięk? Znani przedstawiciele prądu dekadentyzmu z Baudelairem na czele, czy geniusze pokroju Dostojewskiego (fascynaci ciemniejszej strony psychiki i naturalistycznego przedstawiania rzeczywistości) musieli ustąpić komuś, kto podłe życie uznawał wręcz za wspaniałe. To już nie było celowe szokowanie odbiorcy, aby ten z dreszczem emocji chętnie wracał do danej twórczości. Bukowski zwyczajnie opisywał taką rzeczywistość, jaką widywał na co dzień.

 

Bukowskiego doceniono zdecydowanie za późno. Przez większość życia pracował fizycznie, był m.in. kierowcą, pomywaczem, listonoszem, pracownikiem kilku fabryk i parkingowym. Dużo pieniędzy wydawał na alkohol. Próbował swojego szczęścia obstawiając wyścigi konne. Niejednokrotnie jednak w swojej twórczości wspominał, że to uważa to raczej za formę rozrywki, na której więcej straci, niż zyska. Stworzony przez niego bohater Henry Chinaski przez wielu uważany jest za alter ego pisarza. Nazwisko to pojawiło się w kilku powieściach i wierszach Buka, oraz w „Ćmie barowej” (film oparty na scenariuszu pisarza). Pod postacią Chinaskiego Bukowski przedstawiał własne obserwacje i życiowe doświadczenia. Większość twórczości Buka była przepełniona brutalną rzeczywistością pełną demoralizacji.

Bukowski nie lubił świata. Z wzajemnością: Miałem zły dzień. Tydzień. Miesiąc. Rok. Życie. Cholera jasna. Zaczął pisać we wczesnej młodości, kiedy uciekał w świat pióra od pięści ojca i agresji rówieśników. Nigdy nie potrafił odnaleźć się w ułożonym społeczeństwie. Kiedy zaczął zdobywać popularność, uciekał od środowiska literatów. Gardził nimi. Nie lubił wystąpień publicznych ani jakichkolwiek kontaktów z ludźmi, którzy skupiali się na jego sławie. Codzienność artysty wyglądała zazwyczaj podobnie: męcząca, pozbawiona głębszego sensu praca, później powrót do obskurnego mieszkania lub wynajętego pokoju dla nieudaczników, gdzie upijał się tanim alkoholem i, kiedy miał lepszy dzień, zapraszał kobiety.

Wielu zastanawiało się, jak tak nieatrakcyjny skandalista może mieć powodzenie u kobiet. Sam Bukowski poruszał ten temat niejednokrotnie uważając, że ludzi ciągnie do tego, co najgorsze. Nie jest do dla nich codzienność, więc wyjątkowości trzeba doznać w każdy sposób, nawet jeśli grozi nam przy tym zepsucie. Cytat z „Kobiet” chyba najlepiej przedstawia jego podejście do płci piękniejszej: Jeśli jej (kobiety) nie znosisz od samego początku, spróbuj ją od razu wydymać. Jeśli zaś tego nie zrobiłeś, to lepiej odczekać, by przy innej sposobności zerżnąć ją dokładnie, a znienawidzić później.


Bukowski u schyłku swojego życia napisał „Szmirę” gdzie nawet śmierć potrafi przedstawić jako długonogą kobietę z tyłkiem takim, że nawet jemu brak było słów, aby go opisać. Wydaje się, że pisarz w pełni pogodził się z nieuchronnym końcem. Im bliżej mu było do śmierci, tym pisał inaczej, jakby swobodniej. To wyraz albo geniuszu, albo niechęci do czegokolwiek, poza tworzeniem. Podobną tendencję można zauważyć u Nabokova, gdzie w „Przejrzystych przedmiotach” ucieka od chronologii czy hierarchii wątków, czego tak kurczowo się trzyma na początku swojej literackiej kariery. Bukowski zmarł, mając 73 lata. Nie wykończył go najlepszy przyjaciel, jakim był alkohol. Umarł na białaczkę. Większość życia spędził w biedzie, poznając każdy kąt ludzkiego upodlenia. Niewielu twórców pisało wyłącznie po to, żeby pisać. Poznając bliżej jego twórczość odbiorca nie ma jednak wątpliwości, że Buk chciałby być zapamiętany jako outsider i skandalista. Z drugiej strony… Czy w ogóle zależało mu na tym, aby ktokolwiek o nim wspominał?

Redaktor: Konrad Klimkiewicz,

Foto: Flickr.com

Kategorie
Edukacja Wszystkie artykuły Zobacz także

stop! czas na legimi

stop! czas na legimi

Czasem nadchodzą momenty, kiedy w tym pędzącym szybko świecie mamy okazję na moment się zatrzymać. Złapać oddech od szkoły
i zregenerować siły. Czasem momenty te dane są nam z naszej własnej woli i z chęci zadbania o samych siebie. Czasem jednak, takie momenty postoju w pędzie życia są niezależne od nas. I teraz właśnie nadchodzi taki moment. 


Dwa tygodnie przebywania w domu to dobra okazja nadrobić trochę zaległości szkolnych, serialowych czy książkowych. Ważne jest jednak, by zaległości te nadrabiać w spokojnym zaciszu własnego pokoju, przy dobrej herbacie, z przekąską pod ręką. A jeśli brak Wam pomysłu na zagospodarowanie wolnego czasu, z pomocą przychodzi platforma Legimi. 


Dziś na swoim profilu na Instagramie podzielili się z nami linkiem, dzięki któremu każdy, kto wykorzysta na platformie specjalny kod, otrzyma za darmo do pobrania 20 świetnych książek dla dzieci i młodzieży. Zaoferowane przez Legimi książki przeznaczone są dla różnych grup wiekowych – zarówno dzieciom w wieku wczesnoszkolnym, uczniom szkół podstawowych i starszej młodzieży. To świetny sposób na nadrobienie zaległości w pozycjach niezwykle ciekawych. Wszystkie książki dostępne są w formie ebooka, a niektóre z nich również w formie niezwykle wygodnego audiobooka. Kod można wykorzystać do 31 marca, a książka przyznana będzie bez ograniczeń czasowych. 

Jak zatem dostać się na Legimi? Wystarczy na stronie wpisać w wyznaczonym miejscu kod czytamy, a następnie zarejestrować się w serwisie i już można cieszyć się 20 pozycjami znajdującymi się bezpłatnie na wirtualnej półce. 

 

Wykorzystajmy więc dobrze ten moment, nadróbmy czytelnicze zaległości, obejrzyjmy serial czy ulubiony film. I zostańmy w domach. Cieszmy się spędzaniem czasu z rodziną i przeczekajmy trudniejszy czas, żebyśmy wszyscy mogli potem wrócić z nową siłą i motywacją! 

Redaktor: Julia Błach

Kategorie
Wszystkie artykuły Zobacz także

Znamy wyniki I naboru mikroGRANTÓW w 2020

Znamy wyniki I naboru mikroGRANTÓW w 2020

Pierwszy nabór do mikroGRANTÓW w roku 2020 za nami. Znamy 52 inicjatywy, które dostaną dofinansowanie od gminy Wrocław.

Czym są mikroGRANTY?

Jest to program powstały we Wrocławiu w 2014 roku, którego celem jest wspieranie inicjatyw lokalnych z zakresu kultury i edukacji poprzez dofinansowanie najciekawszych projektów z budżetu gminy Wrocław. Swój projekt do naborów, odbywających się trzy razy w roku, może zgłosić każdy mieszkaniec Wrocławia, zapisując go do jednej z trzech ścieżek: osób fizycznych i grup nieformalnych, NGO lub do mikroGRANTÓW młodzieżowych. Przez ostatnie lata dzięki temu programowi zostało zrealizowanych wiele wspaniałych projektów, które uatrakcyjniły nasze miasto, jak również zachęciły jego mieszkańców do czynnego udziału w kulturze. O ścieżce młodzieżowej przeczytać możecie Państwo tu.

Wyniki pierwszego naboru 2020

W ramach pierwszego w tym roku naboru zrealizowane zostaną aż 52 inicjatywy na terenie wszystkich dzielnic Wrocławia.

 

W ramach ścieżki osób fizycznych i grup nieformalnych zwyciężyło 14 projektów takich jak gra terenowe „Pan Klingert i tajemnice Pracz Odrzańskich”, mającej na celu rozpowszechnianie historii osiedla oraz odkrycie jego walorów architektonicznych czy „ZDROWIE NA TAPECIE – metody uwalniania stresu”, gdzie autorka projektu pragnie podzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem na temat wagi radzenia sobie ze stresem zgromadzonym w naszych ciałach i umysłach poprzez nasz tryb życia. Z wszystkimi projektami tej ścieżki mogą zaznajomić się Państwo tutaj.

 

Ścieżka NGO wyłoniła 11 zwycięskich projektów. Mieszkańcy Wrocławia będą mogli m.in. nauczyć się bądź doskonalić swoją jazdę na rolkach pod skrzydłem organizatorów projektu „Wrock&Roll dla każdego” czy też wziąć udział w profesjonalnych warsztatach cyrkowych, których owocem będzie wspólne show w ramach projektu „Cyrkowe migawki”. Dokładniejsze opisy projektów widnieją pod tym linkiem.

 

Młodzieżowa ścieżka jest doprawdy niezwykła, gdyż skutecznie pokazuje, jak szerokie zainteresowania mają młodzi ludzie oraz w jak kreatywny i profesjonalny sposób podchodzą do tematów dla nich ważnych. W ramach tej ścieżki zostało wybranych aż 27 projektów, w tym cztery należące do młodzieżowej organizacji ART JTM, która zrzesza wielu utalentowanych ludzi z ogromną pasją do rozmaitych rzeczy. Tematyka projektów opracowanych przez młodzież jest naprawdę zróżnicowana. Wiele z nich zachęca do rozwijania swoich pasji oraz do aktywnego spędzania czasu. Wiele wyróżnia się dojrzałością, zwracając uwagę na wszelakie problemy dzisiejszego świata i społeczeństwa jak katastrofa klimatyczna, stres, hejt, wykluczenie społeczne czy izolacja od otoczenia, oferując przy tym szereg warsztatów, spotkań i eventów, na których problemy te pójdą pod lupę, a ich uczestnicy będą starać się wyszukać na nie rozwiązania i poradzić sobie z nimi. Inne projekty skupią się na twórczości, realizując własne wystawy, spektakle czy nawet pokoje escape roomowe. Listę wszystkich projektów znajdą Państwo tutaj.

MikroGRANTY to cudowne przedsięwzięcie, zachęcający mieszkańców Wrocławia do podejmowania własnych inicjatyw i realizowania własnych pomysłów, które zrzeszą ludzi, przekażą ciekawe, cenne informację jak i pozytywną energię i chęć do rozwijania siebie samego. Serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału w tych wartościowych projektach.

Redaktor: Zuzanna Wypchło

Foto: Jerzy Wypych

Kategorie
Teatr Wszystkie artykuły Zobacz także

Oriana. Utwór, czyli jak aktor wyprzedaje salę.

Oriana. Utwór, czyli jak aktor wyprzedaje salę.

Często chodzę do teatru. Wrocław reprezentuje nad wyraz wysoki poziom, jeśli chodzi o spektakle. Do Oriany podszedłem jednak wyjątkowo sceptycznie. Nie dość, że to monodram trwający ponad godzinę, co już wydaje się dość dużym wyzwaniem, to bohaterka wcieliła się w rolę tak kultowej postaci, jaką jest Oriana Fallaci. Legenda dziennikarstwa. Ta sama kobieta, która przeprowadziła wywiad chociażby z Haile Selassie I, czy Seanem Connerym. Polakom powinna kojarzyć się głównie przez przeprowadzony w 1981 r. wywiad z Lechem Wałęsą.
 
Na pierwszy rzut oka aktorka zupełnie nie przypominała Fallaci i tu pojawił się problem. Każde kolejne przejście (scena była podzielona na 3 części, każdemu przejściu z jednej kwestii do kolejnej asystowało wyłączenie światła) przekonywało mnie do postaci. Chwilę przed końcem byłem skłonny wybaczyć jej nawet kilka zająknięć w momentach, w których nie powinny mieć miejsca. Sztuka poruszała dwa główne wątki: kwestię praw kobiet i niechęć do kultury islamu. Całość przedstawiono w formie podobnej do spowiedzi, jednak z częstym wyrażaniem opinii Fallaci. Brutalne podejście do muzułmanów, obnażające wszelkie dla mieszkańców europy absurdy, było strzałem w dziesiątkę. Każdy władca wyznający Islam rządzi tak samo. Twórcy spektaklu przedstawili to w formie gry planszowej, w której bohaterką była sama postać dziennikarki.

Aktorka mimo pozornego braku podobieństwa z Fallaci, zaskakująco dobrze wcieliła się w swoją rolę. Zmysłowe ruchy i nieodzowny element, jakim jest papieros w ustach, znacząco działały na wyobraźnie publiczności. Tylko pojedyncze krzyki wydawały się nienaturalne, powinny zostać pominięte. Fakt faktem, opowieść o relacjach dziennikarki z islamistami słuchałem z zapartym tchem. Naprawdę widz mógł odnieść wrażenie, że na czas spektaklu ikona dziennikarstwa do nas wróciła, aby zaszczycić Wrocław jedną z ostatnich swoich spowiedzi.

 

Po sztuce, wracałem do mieszkania naprawdę usatysfakcjonowany. Naprawdę obawiałem się tego, że aktorka nie udźwignie postaci Fallaci. Na szczęście moje przypuszczenia okazały się niepotrzebne.Po sztuce, wracałem do mieszkania naprawdę usatysfakcjonowany. Naprawdę obawiałem się tego, że aktorka nie udźwignie postaci Fallaci. Na szczęście moje przypuszczenia okazały się niepotrzebne.

Foto: Teatr Kombinat

Każdemu sympatykowi teatru serdecznie polecam monodram Oriana.Utwór. Sztuka momentami jest ciężka, jednak to wyłącznie podkreśla jej geniusz i nieugiętość stereotypom. Jeśli wrocławskie teatry częściej będą prezentować podobne spektakle, jednego widza mają stuprocentowo zapewnionego.

Redaktor: Konrad Klimkiewicz

Kategorie
Muzeum Wszystkie artykuły Zobacz także

Willmann. Opus magnum

Willmann. Opus magnum

Pierwszym, co ukazuje się oczom po przekroczeniu drzwi na dziedziniec Pawilonu Czterech Kopuł jest ogromna, różowa ściana, krzycząca ze wszystkich stron WILLMANN. I wtedy już wiadomo, że to, czego zaraz doświadczymy będzie czymś niezapomnianym. A te przypuszczenia potwierdzają się, gdy tylko przekraczamy próg wydzielonego specjalnie pod wystawę miejsca na dziedzińcu.

Po lewej – paleta i autoportret mistrza. A przed oczami męczeństwa. To prolog całej wystawy – prolog, który od samego początku rzuca na kolana. Sceny są przedstawione niezwykle dramatycznie, pełne patosu ale i powagi, czegoś niesamowicie szczerego i tak dobitnie ludzkiego. Cierpienie świętych chyba jeszcze nigdy nie wyzwalało we mnie tak wielu emocji, jak patrząc na tych kilkanaście ogromnych rozmiarów płócien Michaela Willmanna. Przewyższają oglądającego kilka razy, ale nie tylko rozmiarem. Przewyższają wszelkie wyobrażenia o męczeństwie, poświęceniu za coś, w co się wierzy bezgranicznie. To smutny początek, ale początek niezwykle potrzebny. Pokazuje bowiem jak wielki kunszt i talent w rękach miał ,,śląski Rembrandt” XVII wieku. Każda fałda odzienia, oddana z tak niesamowitym realizmem. Każde zagięcie szaty wydobywa dynamizm – dynamizm tych ostatnich chwil chrześcijańskich męczenników.

Część obrazów prezentowanych na wystawie ,,Opus Magnum” pochodzi ze zbiorów wrocławskiego Muzeum Narodowego, ale duża część została przywieziona z kościoła z Warszawy, a także z klasztoru w Lubiążu, dokąd Willmann malował je za życia. Znajdujemy tu nie tylko sceny biblijne, wśród których obok męczenników dużo miejsca i uwagi poświęcono także świętym kobietom, a także momentowi stworzenia świata, ale również sceny mitologiczne i wiele pejzaży.

 

Ale Willmann to nie tylko dynamiczność i brutalizm, jaki pokazano nam na początku wystawy, ale także niespotykana delikatność i subtelność, widoczna zwłaszcza w przedstawieniu Orfeusza na obrazie Orfeusz grający zwierzętom, gdzie mityczny bohater, siedząc w centrum, palcami delikatnie przesuwa po strunach liry. Patrząc na niego, mamy niemal wrażenie, że jesteśmy w stanie usłyszeć pieśń, którą wygrywa swoim towarzyszom.

A zwierzęta patrzą, jak zaczarowane. I ja również patrzyłam jak zaczarowana, słyszałam muzykę, która przyciąga wzrok. Także w krajobrazach jest coś niezwykle ulotnego. Świadomość, że moment, który uchwycił malarz to zaledwie właśnie moment, i zaraz zniknie, sprawia, że chcemy zatrzymać obraz na zawsze pod powierzchnią powiek. Zatrzymać go przy sobie na zawsze i nigdy nie dać mu zniknąć. Bo w tych obrazach jest coś bezpiecznego, coś niesamowicie znajomego, co daje komfort i rozlewa wewnątrz ten rodzaj ciepła, jaki może pojawić się w sercu na wspomnienie dzieciństwa.

 

Michael Willmann powinien stać w jednym rzędzie z Rembrandtem, Caravaggiem i innymi wielkimi malarzami, jacy stąpali po ziemi. Nie bez powodu jest w końcu nazywany śląskim Rembrandtem i w tym stwierdzeniu nie ma ani grama kłamstwa. Sposób, w jaki używa barw, jak magicznie przedstawia tkaniny i emocje, jak gra również na emocjach oglądających, jest najwyższej klasy mistrzostwem w malarstwie. I każdy powinien sam przeżyć to mistrzostwo kunsztu na własnej skórze. A dokładniej mówiąc, na własnych emocjach.

Willmann. Opus magnum – Pawilon Czterech Kopuł

22 grudnia 2019 – 26 kwietnia 2020

Więcej informacji

Redaktor: Julia Błach

Foto: wroclaw.pl